Czarownica: Bajka ludowa z Kaszub - recenzja filmu ,,Òpi”

,,Òpi” (2026), reż. Marta Giec. Kadr z filmu. Źródło: Next Film


Swoją premierę na 51 edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych miało ,,Òpi”, czyli debiut fabularny Marty Giec oraz Dominiki Kłoczewiak, który walczył o zwycięstwo w konkursie Perspektywy. Czy twórczynie wykorzystały potencjał tkwiący w tym folkhorrorze czy nie?

Jak wiadomo, nie doczekaliśmy się wielu polskich horrorów (potencjalną listę można zamknąć na 37 pełnometrażowych dziełach). Jednak jeszcze mniej z nich było wyreżyserowane przez kobiety. Otrzymaliśmy tylko ,,Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej oraz ,,Wieżę. Jasny dzień” i ,,Monument
” Jagody Szelc. Z czego nazwanie tych dwóch ostatnich horrorami jest kontrowersyjne, bo wiele osób za takowe ich nie uważa. Jeżeli wyjątkowo zgodzimy się, że reprezentują ten gatunek, to znaczy, że kobiecy horror miał ośmioletnią przerwę w rodzimej kinematografii. Wreszcie się to zmieniło za sprawą ,,Òpi”. Projektu, w którym pokładałem dużą nadzieję ze względu na obietnicę czerpania z folkloru, porządną obsadę, a także Platige Films sprawujące pieczę nad jego produkcją. Przede wszystkim zależało mi na otrzymaniu folkhorroru gdyż rodzimy horror pomimo ogromnego potencjału, praktycznie nigdy nie sięgał po wiejskie wierzenia, praktyki czy potwory. Zatem, jakim horrorem jest ,,Òpi”?

Otóż całkiem niezłym, lecz wymagającym cierpliwości, a także pewnej dozy wyrozumiałości. Albowiem w pierwszym stopniu to dramat rodzinny. Wbrew temu co może sugerować klimatyczne otwarcie. Twórczynie początkowo spędzają dość dużo czasu na ustanowieniu bohaterek, a próby straszenia odkładają na później. Poznajemy Trinę tuż przed jej 18 urodzinami. Mieszka z surową, obsesyjnie wierzącą matką, która nie akceptuje trapiących córkę koszmarów, ani tworzonych przez nią rysunków. Jej życie sprowadza się do ciągłego lęku. Zarówno przed nieznanym, czyli koszmarami, jak i tłumieniem wolności ze strony matki. W związku z tym w dniu urodzin postanawia wreszcie uciec z domu razem z przyjaciółką. Jednak niespodziewanie wizytę składają ciocia oraz babcia, o których istnieniu główna bohaterka nie miała pojęcia.


,,Òpi” (2026), reż. Marta Giec. Kadr z filmu. Źródło: Next Film

Matka i ciocia nadal pamiętają ciężki okres dorastania i nie wybaczyły sobie pewnych decyzji, zaś babcia na skutek wylewu jest nieruchoma i nie potrafi mówić. Uczynienie tego rodzinnego dramatu podstawą horroru budzi skojarzenia z tegorocznym ,,Martwe zło: Ogień”. Niestety ,,Òpi” nie wykorzystuje równie zręcznie tego konceptu wyjściowego. Sam pomysł, żeby zestawić ze sobą trzy generacje kobiet oraz ich różne lęki jest jak najbardziej dobry. Natomiast to, co reprezentują bohaterki to tematy, które były eksplorowane ciekawiej już w innych produkcjach. Aspekty porzucenia, odrzucenia odpowiedzialności, powtarzania błędów i krzywdzącej tradycji rodzinnej nie są oryginalne nawet po opakowaniu w atrakcyjniejszą niż zwykle formę. Aczkolwiek doceniam osadzenie filmu na początku wieku i związany z tym kult papieża Polaka oraz szkodliwy wpływ spaczonej wiary chrześcijańskiej na wychowanie.

Generalnie dramat rodzinny nie jest oryginalny, lecz wciąż to dobrze, że jakikolwiek kontekst społeczny pojawia się w horrorze. I gdyby tylko brakowało mu świeżości, to nie byłby on dużym problemem. Jednak wady dramatu rodzinnego w ,,Òpi” nie kończą się na tym. Karykaturalna rola Gabrieli Muskały ujawnia inny problem. Otóż nie potrafiłem stwierdzić w jaki ton celują twórczynie. Postać matki doprowadzała widownię na sali do śmiechów. Ja z kolei nie wiedziałem czy te sceny powinny mnie bawić czy wcale też nie. Można je podciągnąć pod kamp, bo są absurdalne pomimo rozegrania ich w poważnym kluczu. A jednak osobiście czuję jakby nie wyszło to twórczyniom celowo, lecz przypadkiem. Na szczęście film zyskuje kiedy twórczynie już skręcają w stronę horroru w drugiej połowie. To właśnie w niej naprawione zostają dotychczasowe błędy, a także pojawiają się elementy, których wcześniej brakowało. Natomiast trzeci akt ,,Òpi” jest moim zdaniem najlepszą częścią filmu.

,,Òpi” (2026), reż. Marta Giec. Kadr z filmu. Źródło: Next Film

Po pierwsze, ma najbardziej spójny ton. Po drugie, zaczyna rzeczywiście straszyć widzów przemocą i tytułową zmorą. Po trzecie, w końcu pojawiają się elementy folkloru. Niestety na każdy z tych plusów przypada jakieś ,,ale”. Tak, ton jest spójniejszy. Historia staje się na tyle absurdalna, że nie miałem wątpliwości co do tego jak ją traktować. Jednak wielu trzeci akt może rozczarować przez to jak duży jest kontrast między nim, a resztą filmu. Ja z kolei myślę, że jest coś fascynującego w tym w jakim kierunku idzie historia. Trochę w złym smaku, a trochę jednak ma to sens biorąc pod uwagę wcześniej ustanowiony dramat rodzinny. Czy jest to głęboki przekaz? Niestety nie pomimo potencjału drzemiącego w tematach, które zostały wcześniej poruszone. Zawsze wolę kiedy horrory spełniają jedną ze swych kluczowych cech jaką jest komentowanie rzeczywistości. ,,Òpi” jest bardziej zainteresowane zapewnieniem groteskowej rozrywki niż zaoferowaniem złożonego komentarza społecznego. Choć nie jest to moim zdaniem idealny kierunek, to też nie narzekam na niego. Motywacje jednej z postaci miały dla mnie sens, a do tego film w końcu realizował konwencję horroru. Przy czym nie idealnie.

Twórczynie mają jeszcze co poprawiać w kwestiach warsztatowych. Utrzymana w ponurych kolorach estetyka nie dziwi, lecz nie przekłada się na zapadające w pamięć zdjęcia. Kreatywniejsze zabiegi formalne trochę by pomogły uczynić film żywszym. Zdarzają się dobre pomysły, bądź satysfakcjonująca przemoc (czułem po widzach wokół siebie jak krzywią się z obrzydzenia), ale są też leniwe jumpscare'y albo zabiegi pokroju tandetnego kadru z ogniem i krzyżem. Jednak podobał mi się powracający temat wiedźm. Czy to za sprawą imienia protagonistki nawiązującego do Triny Papisten czy zakończenia przywołującego na myśl ,,Czarownicę: Bajkę ludową z nowej Anglii". Jednak nie martwcie się, produkcja Marty Giec oraz Dominiki Kłoczewiak nie jest wcale zapatrzona w zachodnie dokonania. ,,Òpi” to nie stereotypowy horror od A24. Choć nadal można zarzucić mu niewystarczająco polski charakter.

,,Òpi” (2026), reż. Marta Giec. Kadr z filmu. Źródło: Next Film

Z jednej strony czerpie z kultu papieża Polaka i skupia się na religii, a także nie podąża ślepo za trendami zagranicznego horroru. Z drugiej to, co miało stanowić jego główną siłę czyli kaszubski folklor, jest zadziwiająco mało obecny. Nie tylko pojawia się późno, lecz również jego potencjał nie zostaje w pełni wykorzystany. Aż prosiło się, żeby osadzić drugą połowę filmu na kaszubskiej wsi, zamiast pozostawiać ją w tym samym mieszkaniu. Oddala to ,,Òpi” od korzeni głównej bohaterki, które niby są tak ważne.

Nie chcę być recenzentem, który ocenia film negatywnie tylko dlatego, bo poszedł on w innym kierunku niż ten pożądany. Jednak ,,Òpi” zapowiadano jako folkhorror, tak rzadko obecny w naszej kinematografii. To była idealna okazja, żeby wypełnić tę pustkę. I choć jest ona trochę mniejsza niż zwykle, to nadal ją odczuwam. Generalnie Marta Giec oraz Dominika Kłoczewiak prześlizgnęły się na tym etapie po założonych celach. Wciąż doceniam tę próbę, bo powinniście wiedzieć, że seansu nie opuściłem w gorszym nastroju. Był rozczarowujący, ale nie nazwałbym go złym filmem. U jego podstaw stoi solidny (nawet jeśli ciągnięty w dół dziwnym tonem) dramat rodzinny, zaś kiedy przysłowiowe wrotki zostają odpięte, to pod kątem rozrywkowym można bawić się dobrze. Na pewno nie chciałbym, żeby droga twórczyń skończyła się tylko na tej próbie. Agnieszka Smoczyńska i Jagoda Szelc odeszły od horroru, więc wciąż brakuje rodzimych twórczyń, które chciałyby realizować ten gatunek. Po wyciągnięciu wniosków, wierzę, że mogłyby one jeszcze zaskoczyć. Jeśli przy okazji udałoby im się wykorzystać potencjał folkloru, to byłoby idealnie.

Prześlij komentarz

0 Komentarze