Kiedyś pręgierz, dziś telewizor – recenzja filmu „Primetime”

„Primetime” (2026), reż. Lance Oppenheim. Kadr z filmu. Źródło: IMDb.

Tam, gdzie kończy się szczytny cel, a zaczyna chora ambicja i droga na sam szczyt. Tak można właściwie opisać „Primetime”, najnowszy film Lance’a Oppenheima, który jest także jego pierwszym pełnometrażowym filmem fabularnym. Reżyser bierze na tapet amerykańskiego dziennikarza, bardzo ciekawą, ale też kontrowersyjną postać Chrisa Hansena, i przede wszystkim skupia się na programie, którego był prowadzącym – „To Catch a Predator”. Ekipa telewizyjna zwabiała potencjalnych pedofilów do mieszkania, wykorzystując do tego wcześniej przeszkolone wabiki, czyli aktorów grających nieletnich. Następnie, pośród ukrytych kamer, pojawiał się Chris Hansen i konfrontował się z przestępcami. I choć sam w ogóle nie jestem fanem konceptu tego programu ani samej postaci Chrisa Hansena, całość wydawała się naprawdę idealnym tematem do zekranizowania, by powiedzieć coś więcej o kulisach pracy w mediach oraz o różnych kontrowersjach z nią związanych. Czy jednak to się tutaj udało? Czy historia przedstawiona w tym filmie jest faktycznie opowiedziana z odpowiednią subtelnością? I czy nie jest ona momentami zbyt nachalna?

Reżyser nie próbuje bawić się z nami w kotka i myszkę, bo już od pierwszych scen narzuca naprawdę bardzo dobre tempo. Pokazuje konkretnie, na czym ten film będzie bazował oraz wokół jakiej tematyki będzie się obracał. Już sama pierwsza scena świetnie buduje napięcie, pokazując kulisy całego programu oraz pracy głównego bohatera. Lance Oppenheim miał na film konkretną wizję i w trakcie jego trwania egzekwuje ją w stu procentach. Jest to dzieło autorskie, oryginalne, co przede wszystkim widać w jego stronie wizualnej. To z pewnością jeden z najlepiej nakręconych filmów tego roku, a być może nawet najciekawszy wizualnie film tego roku. Największe wrażenie robi przede wszystkim różnorodność formalna. Mamy tu kadry z ukrytych kamer, ale także zwykłe ujęcia, w których nadal dostrzegamy nieco dokumentalnego stylu. Reżyser często korzysta ze zbliżeń na twarze aktorów, a także stosuje pewne przestylizowania, w tym zabawy światłem oraz kolorami. Są tu kadry, które bywają aż nadto prześwietlone, ale pasują one idealnie do stylistyki oraz zamysłu całego filmu. Oppenheim za pomocą kamery prowadzi też aktorów i wydobywa z nich to, co najlepsze. A uwierzcie mi – połączenie wybitnego talentu Roberta Pattinsona oraz reżysera, który wie, jak odpowiednio prowadzić aktorów i uchwycić na taśmie ich talent, jest niesamowitym zjawiskiem.

„Primetime” (2026), reż. Lance Oppenheim. Kadr z filmu. Źródło: IMDb.

W ogóle trzeba tutaj więcej wspomnieć o głównej gwieździe, Robercie Pattinsonie, który potwierdza tezę, że jest aktorem najwyższego formatu i zagra praktycznie każdą rolę. To znowu zupełnie inna rola niż jego poprzednie wcielenia, choć ma pewne elementy wspólne z tegorocznymi rolami w „Dramie” oraz „Odysei”. W „Primetime” nie sposób nie być pod wrażeniem prezencji Pattinsona oraz aury, które biją od niego w każdej scenie. Dodatkowo świetnie operuje mimiką twarzy oraz głosem, który jest chyba najbardziej niedocenianym elementem jego gry aktorskiej. Pattinson zdaje się też rozumieć swoją postać na tyle dobrze, by ukazać jej wewnętrzne sprzeczności i moralną niejednoznaczność, nie popadając jednak nigdy w przerysowanie. W tym przypadku nawet postać pełna kontrowersji, która pod pozorem szlachetnych intencji skrywa coś zupełnie innego, nie stanowiła przeszkody w stworzeniu naprawdę wielowymiarowej roli, a przede wszystkim takiej, która zostaje w głowie po seansie i jest jednym z ważniejszych symboli filmu. Oprócz Pattinsona na ekranie błyszczą także inni aktorzy, w szczególności Skyler Gisondo, którego postać najlepiej ukazuje skutki działań mediów oraz jednostek w pogoni za popularnością.

„Primetime” (2026), reż. Lance Oppenheim. Kadr z filmu. Źródło: IMDb.

„Primetime” nie jest jednak historią o łapaniu przestępców seksualnych. To przede wszystkim głębsze wniknięcie w świat telewizji i pracy dziennikarskiej, a także rozważania nad tym, jak wygląda etyka pracy i gdzie tak naprawdę są jej granice – gdzie kończy się chęć zrobienia czegoś dobrego, a zaczyna pogoń za słupkami w statystykach. Reżyser nie bez powodu bierze na tapet program typu „To Catch a Predator” – zadaje w ten sposób widzom konkretne pytania. Czy w tym przypadku cel uświęca środki? Czy program, który miał być moralnym ostrzeżeniem i lekcją dla całych rodzin, nie stał się wyłącznie rozrywką lub formą publicznego linczu?

Wchodząc jednak w środowisko telewizyjne, a właściwie w świat pracy przed kamerami, Oppenheim tworzy naprawdę ciekawy trójkąt postaci, na którym opiera cały film i wszystkie jego motywy. Pierwszy główny bohater – Chris Hansen, grany przez Roberta Pattinsona – to symbol przede wszystkim ambicji. Początkowo jego ambicje są napędzane chęcią czynienia dobra, jednak z czasem zmieniają się w coś zupełnie innego. Pod ciągłymi deklaracjami o wykorzenianiu zła, które w ustach Roberta Pattinsona brzmią jak jakaś religijna teza, kryje się to, jak bardzo początkowa moralność zmieniła się w toksyczną ambicję. Dodając do postaci wątek rodzinny, otrzymujemy naprawdę skomplikowaną, niejednoznaczną postać, którą trudno jednoznacznie ocenić pod względem moralnym. Oppenheim nie chce tutaj nikogo oceniać, a jedynie nadać postaciom pewne cechy, by pokazać, co dany bohater może sobą symbolizować. Dalsza interpretacja zależy tylko i wyłącznie od widza.

„Primetime” (2026), reż. Lance Oppenheim. Kadr z filmu. Źródło: IMDb.

Drugą istotną postacią jest Dan Plum, grany przez Skylera Gisondo, który w programie Hansena jest jednym z wabików. Przedstawia on naiwną wręcz wiarę w siebie i pragnienie, by stać się kimś więcej niż zwykłą rozrywką i produktem telewizyjnym. Wchodząc jednak głębiej w tę postać, możemy rozważać, czy nie czuje się ona poniekąd ofiarą i czy nie czuje się w tym wszystkim poszkodowana. Znów, nie jest to łatwe do ocenienia, ale pewne jest, że Oppenheim używa tej postaci, by pokazać, że w tym środowisku są jeszcze osoby, które mają motywacje i ambicje nieprzesadzone i wykraczające poza kwestie finansowe. I tak dochodzimy do trzeciej postaci – producentki granej przez Merritt Wever – która trzyma cały program w ryzach i uosabia potrzebę kontroli, którą wiele osób w tej branży chciałoby mieć. Chce mieć wszystko pod kontrolą, kierować wszystkimi i bardzo nie lubi, gdy coś nie idzie po jej myśli. W ten sposób dopełnia się bardzo ciekawy trójkąt, w którym relacje między tymi postaciami są odpowiednio nakreślone i pozwalają nam zobaczyć świat pracy dziennikarskiej, a także telewizyjnej, z głębszej perspektywy.

„Primetime” (2026), reż. Lance Oppenheim. Kadr z filmu. Źródło: IMDb.

„Primetime” jest niezwykle interesującym dziełem, którego tematyka dotyka dość istotnych kwestii z perspektywy dzisiejszego świata. W rzeczywistości, w której rozrywka jest na wyciągnięcie ręki, a telewizja daje nam dostęp do wielu rzeczy, warto się zastanowić, czy jako widzowie nie stajemy się także pożywką dla osób stojących za telewizyjnymi programami. Takie osoby wcale nie muszą mieć szlachetnych celów, nawet jeśli na początku wydaje się być zupełnie inaczej. Film w żadnym stopniu nie próbuje bronić ani wybielać przestępców seksualnych, jednak nie jest też do końca o tym. To w głównej mierze dzieło stawiające pytania o granice etyki dziennikarskiej i ludzkiej moralności. To film o tak charakterystycznym stylu, montażu i reżyserii, że na pewno nie jest dla każdego. Jednak jeśli ktoś szuka oryginalnego dzieła z ciekawą tematyką, a przy okazji jest fanem aktorskiego talentu Roberta Pattinsona, z pewnością nie będzie zawiedziony.

Prześlij komentarz

0 Komentarze