,,Latarnie” to
kolejny, piąty już projekt – a zarazem trzeci serial – łączonego świata
superbohaterów DC pod kierownictwem Jamesa Gunna. Osobami odpowiedzialnymi za
całokształt serialu są Chris Mundy, Damon Lindelof oraz Tom King, z czego to
właśnie trzeci z nich ma największą wiedzę o komiksach ze świata DC. Sam o
latarniach z komiksów wiedziałem raczej niewiele co absolutnie nie
przeszkodziło mi w cieszeniu się tym projektem.
Serial
ukazuje losy Hala Jordana (w tej roli Kyle Chandler) – pierwszej Zielonej
Latarni na Ziemi – oraz jego podopiecznego, Johna Stewarta (Aaron Pierre),
którzy prowadzą śledztwo w małym miasteczku Rushville w Nebrasce, szukając przy
tym galaktycznego zbrodniarza wojennego, zdolnego podszyć się pod każdą istotę,
zwanego Manhunterem. Podczas gdy usiłują dowiedzieć się, co tak naprawdę dzieje
się w Rushville, wiele razem przeżywają, a ich zaufanie jest niejednokrotnie
wystawione na próbę. Pomijając fakt, że już od początku za sobą nie przepadają.
Serial składa
się z ośmiu odcinków. Akcja związana ze śledztwem toczy się w roku 2016, z
kolei dalsze konsekwencje, wynikające z motywacji bohaterów do dążenia do
prawdy za wszelką cenę, rozgrywają się dziesięć lat później. Oczywiście nie
brak tu również retrospekcji związanych z innymi okresami życia postaci, w
których to poznajemy ich przeszłość, a co się z tym wiąże również pewne
zapowiedzi tego, co może wydarzyć się na przestrzeni kolejnych odcinków.
Pierwsze pięć odcinków, poza prowadzonym śledztwem, skupiają się na ciągle eskalującym konflikcie między Halem a Johnem, który ostatecznie sięga zenitu. Każdy z odcinków ma spójną strukturę, bardzo dobre tempo oraz zakończenie na tyle satysfakcjonujące i trzymające w napięciu, że z tygodnia na tydzień chce się śledzić dalszą akcję. Gra aktorów na przestrzeni całego serialu stoi na bardzo wysokim poziomie. Najlepszym tego przykładem jest występ Kyle’a Chandlera, który z miejsca podbił serca widzów – w tym również moje – swoim przedstawieniem postaci. Aaron Pierre dotrzymuje mu w tym kroku – na przestrzeni całego sezonu oddał niezwykle skomplikowany portret osoby Johna Stewarta. Bardzo dobrze w swojej roli prezentuje się również Kelly Macdonald jako szeryf Kerry Kane.
Choć akcja dzieje się niemal całkowicie na Ziemi, ukazany jest też kosmos czy superbohaterskie moce nadprzyrodzone związane z pierścieniem Zielonych Latarni, który nosi Hal Jordan, określany jako najpotężniejsza broń we wszechświecie, a dla samego Korpusu Zielonych Latarni ów pierścień stanowi coś w rodzaju policyjnej odznaki. Serial naprawdę do mnie przemówił. Mimo, że ton utrzymany przez długość serialu jest raczej chłodny, cieszę się, że nie zrezygnowano z komiksowości, która objawia się np. w noszonym przez Hala zielonym kostiumie (choć mógłby on być jeszcze nieco bardziej zielony), czy to w rozmaitych konstrukcjach, które powstają przy użyciu pierścienia dzięki wykorzystaniu siły woli osoby go noszącej. Cieszę się również z tego, że postacie Hala oraz Johna nie są aż tak krystaliczne jak na superbohaterów przystało. Hal jest zarozumiały, uważa, że zawsze wie lepiej, a do tego woli działać w pojedynkę. John jest zimny, opanowany i skupiony na zadaniu. Wiąże się to z wychowaniem przez rodziców – miało uczynić go nieustraszonym, aby mógł on w przyszłości przejąć pierścień Hala i go zastąpić. Stanowi to główną oś konfliktu między nimi.
Podążając tak z tygodnia na tydzień za losami bohaterów, których w tym czasie zdążyłem naprawdę polubić, przed moimi oczami zaczął ujawniać się motyw przewodni tego serialu – przełamanie ,,programowania”. Objawia się on w historii kilku postaciach w różnoraki sposób. Najpierw dostrzegłem go w Johnie, który przez całe swoje dzieciństwo był przygotowywany przez swoich rodziców do zostania Zieloną Latarnią. Nie udało się to wcześniej jego ojcu, który nie podołał próbie na jaką wystawił go pierścień poszukujący nowego właściciela po śmierci poprzedniego. Kolejną postacią, w której zawiera się ten motyw, jest Manhunter. Ukrywa się on pod ludzką postacią w miasteczku Rushville, przybierając imię Zoe. Jest on swego rodzaju robotem, zaprogramowanym genetycznie aby przetrwać za wszelką cenę. Motyw ten widać również w historii syna pani szeryf miasteczka, Noah, który podobnie jak jego babcia Zoe okazuje się być Manhunterem. Dostrzec można to również w postaci samego Hala, który zmaga się z czymś, co w jego rodzinie określane jest jako ,,Dziedzictwo Jordanów” – genetyczną chorobą wśród mężczyzn z tej rodziny, którą jest bardzo silna depresja.
Nie wszystkim bohaterom udaje się owo ,,zaprogramowanie” przełamać. U Manhunterki Zoe genetyczne przysposobienie wygrywa, przez co doprowadza ona do rzezi w mieście. Inaczej jest z Halem Jordanem, który to – podobnie jak jego ojciec oraz dziadek – poprzez pakowanie się w niebezpieczne sytuacje potencjalnie chciał zakończyć swoje życie (na szczęście schemat ten udaje mu się przełamać). Podobnie jest w przypadku Johna, który to wyswobodził się z wpływu rodziców odrzucając pierścień, ponieważ w głębi duszy nigdy nie chciał on być Zieloną Latarnią, a architektem. Miało to pewne przełożenie na jego moce kiedy używał pierścienia –konstrukcje, które tworzył za jego pomocą są dużo bardziej dokładne i skomplikowane w porównaniu z tymi, które wytwarzał Hal. Dodatkowo potrafi on utrzymać je bez użycia pierścienia poprzez swoją bardzo silną wolę. Czując się winnym przez to, co spotkało jego dawnego mentora, decyduje się on dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z Halem, porzucając przy tym swoje plany pracy jako architekt. Wreszcie wątek Noah, który to walczy ze swoją podwójną naturą – z jednej strony odczuwa impuls do bycia morderczą maszyną, dla której przetrwanie i kontrola są najważniejsze, z drugiej zaś został wychowany przez kochającą matkę na dobrego człowieka, mającego na względzie dobrobyt innych. W finale sezonu wygrywa w nim człowiek, jednak bojąc się tego, kim może stać się w przyszłości prosi Johna, by ten go zabił. John tego nie robi, ponieważ widzi w Noah element siebie, który w jego wieku nie mógł podjąć decyzji wbrew swojemu ,,programowi”.
Bardzo lubię
drogę, jaką przebył John Stewart na przestrzeni całego serialu. Przełamuje on w
sobie pozostałości oczekiwań rodziców oraz akceptuje swój strach, nie dając mu
się jednocześnie pochłonąć. Z osoby, która nigdy do tej pory nie podjęła żadnej
kluczowej decyzji, która jest zimna, wycofana i skupiona tylko na powierzonym
jej zadaniu, przeobraża się w człowieka z poczuciem humoru i potrafiącego
podejmować własne decyzje. Poniekąd odradza się on na nowo po latach,
akceptując swoje bohaterstwo i przyjmując pierścień – nie z poczucia obowiązku
przed rodzicami, tylko w pełni przekonania, że może on czynić większe dobro
przy jego użyciu. Widać to w jego postanowieniach podczas finału serialu –
decyduje się oszczędzić Noah oraz osobę, która nieumyślnie pozbawiła życia
samego Hala, bo wie on, że skazanie jej mogłoby wywołać gorsze konsekwencje.
Uważam ten wyciszony, powolny finał za coś wspaniałego, nawet mimo kilku wad
(jak np. wspomniana zbędna rola Sinestro). Sam serial naprawdę uwielbiam przez
to, jak dużo radości mi dostarczył.
Jestem niezwykle ciekaw przyszłości Johna Stewarta jako drugiego Latarnika u boku Guya Gardnera, który to również pojawił się w tym serialu, ale w znacznie mniejszej epizodycznej roli, którą bardziej traktuje jako element szerszego świata DC.







0 Komentarze