,,Lalka” spod pióra Bolesława Prusa jest rozpoznawalną oraz niezwykle ważną powieścią w historii naszego kraju. Motywy w niej zawarte po dziś dzień wciąż są aktualne, niektóre z nich nawet bardziej niż wcześniej. Jest to dzieło, którego poszczególne wątki można rozkładać na czynniki pierwsze oraz interpretować na wiele różnych sposobów, co niestety rzadko ma miejsce, jednak w tym roku nadarzyła się ku temu idealna okazja, ponieważ dostaliśmy, raptem w odstępie dwóch tygodni, dwie wizje tejże powieści – serialową oraz kinową.
15 września
ukazał się serial na platformie Netflix, który mocno podzielił widzów oraz
sympatyków książki, głównie dlatego, że nie jest wiernym przeniesieniem prozy
Prusa na mały ekran, tylko jej reinterpretacją. Wykorzystuje ona bohaterów,
czas akcji czy pewne motywy zawarte w książce by poprzez nie opowiedzieć coś
nowego, może bardziej współczesnego, lecz z zachowaniem ducha tego, o czym
pisał autor. Z kolei dwa tygodnie później 30 września na ekrany kin wszedł
ponad dwugodzinny film, który jest ekranizacją w pełni tego słowa znaczeniu.
Mam wrażenie, że ta odsłona dzieli ludzi znacznie mniej, niż interpretacja
twórców serialu. Pomijając wojnę toczącą się w mediach społecznościowych o to,
która z ,,Lalek” jest lepsza, zadaje sobie pytanie – która wersja przypadła mi
bardziej do gustu?
W gruncie rzeczy powiedziałbym, że obie wersje mi się podobały, dlatego, że są od siebie kompletnie różne, a każda z tych wersji dodatkowo czerpie bardzo dużo z medium na jakie została przeniesiona. Serialowa wersja dała mi poczucie, że chcę oglądać ten serial ciągiem, ponieważ każdy kolejny odcinek kończył się tak, że absolutnie nie wiedziałem, czego mogę spodziewać się w następnym. Dobrze się przy tym bawiłem, chociaż niekiedy też serial ten doprowadzał mnie do krawędzi przysłowiowego fotela dzięki napięciu i dramacie, jaki został oddany na ekranie. Do tego jest to produkcja zrobiona na najwyższym poziomie pod kątem realizacji. Z kolei wersja kinowa podobała mi się (z pewnymi wyjątkami) w tym, jak wiernie i niesamowicie pieczołowicie przenosi treść książki na ekran. Walory produkcyjne, tak jak w przypadku serialu, są na absolutnie najwyższym możliwym poziomie. Jednak gdybym miał wybrać tylko jedną z wersji, wybrałbym serial, głównie dlatego, że niezwykle urzekła mnie reinterpretacja w reżyserii Pawła Maślony, która daje tym postaciom drugi życie, czyniąc tą opowieść czymś na miarę współczesnych czasów. Pomimo tego, że akcja rozgrywa się w czasach oryginalnej powieści, pod kątem fabuły oraz struktury serialu jest to bardzo dzisiejsza produkcja. Z kolei film utrwala bardzo uproszczoną szkolną interpretację historii, która w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, że Stanisław Wokulski jest zakochanym kupcem omotanym oraz wykorzystanym przez straszliwą arystokratkę Izabelę Łęcką.
Izabela Łęcka w serialu a filmie
Izabela Łęcka
w serialu to postać, którą w końcu po latach polubiłem, i której motywacje
rozumiem. Jej postać jest bardzo rozbudowana pod kątem charakterologicznym, ma
swoje cele, jak np. chęć pisania do gazety ,,Bluszcz”. W pierwszych odcinkach
widać w niej rozpuszczoną arystokratkę, jednak zmienia się to wraz z trwaniem
serialu. Osoba Izabeli ewoluuje, dojrzewa, zaczyna widzieć świat, który do tej
pory nie był dla niej dostępny, pomimo faktu posiadania wielkich okien w
swojej sypialni. Zaczyna pomagać osobom z nizin społecznych, w pewnym momencie
sama się nią stając. Dużo bardziej zostaje tutaj również uwypuklony wątek tego,
że cała rodzina działa wbrew jej woli jeżeli chodzi o pewne decyzje czy układy
z Wokulskim. Izabela w serialu jest postępowa, wpisując się tym samym w
XIX-wieczną ideę emancypacji kobiet, a swoją wyższą pozycję społeczną
wykorzystuje w celu pomocy im. Widać to chociażby gdy Izabela posługuje się uczuciami Wokulskiego, by zdobyć dyplom dla Zofii Dębskiej. Nie jest to postać,
która albo boi się Stanisława i jest wobec niego bezradna, ani nie bawi się też ona
jego uczuciami dla własnej uciechy. Sandra Drzymalska jest świetna w swojej
roli – to, jak szybko zmienia emocje jest wręcz niesamowite.
Niestety nie mogę wypowiedzieć się w takich samych superlatywach o kreacji Izabeli w filmie reżyserii Macieja Kawalskiego. Postać Łęckiej jest tutaj napisana niezwykle płytko, niczym według klucza interpretacyjnego wyciągniętego z podręcznika ze szkoły ponadpodstawowej. Praktycznie nie widzimy jej własnych przemyśleń, nie mówiąc już o pragnieniach czy jakiś wyższych celach. Gra ona na uczuciach Wokulskiego, a poza tym w zasadzie nie robi nic więcej. Jej historia idzie praktycznie jak po sznurku za książkową historią. Nie mam absolutnie niczego do zarzucenia Kamili Urzędowskiej – w roli, jaka została jej napisana, zrobiła co mogła, ale to za mało. Uważam, że taki obraz Łęckiej jest dla tej postaci krzywdzący.
Stanisław
Wokulski w serialu a filmie
Jeżeli chodzi o Stanisława Wokulskiego w odsłonie produkcji Netflixa również jest on ciekawszą, dużo bardziej złożoną postacią. Z początku jest on przedstawiany jako osoba odrzucająca i ambitna, która nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Jest on arogancki, sporo pije i przeklina. Dopiero nieco później widzimy w nim przebłyski człowieczeństwa, np. pomaga on Mariannie, która dzięki niemu zostaje zatrudniona w domu Łęckich jako jego szpieg. Staje się on również obsesyjnie zakochany, jego metody zaimponowania pannie Łęckiej są, delikatnie mówiąc, dziwne. Dużo bardziej widać też poczucie osaczenia, jakie wywołuje w rodzinie Łęckich. Można ujrzeć w nim cechy współczesnego kapitalisty, którego zachowanie da się porównać do postępowania szefów wielkich korporacji. Traktuje on Łęcką jak przedmiot, który może kupić, jak właśnie tytułową lalkę, której może umeblować pokój, przebierać ją i czesać. Nawet pod koniec serialu, kiedy jego relacja z Izabelą jest już na zupełnie innym poziomie, charakter kapitalisty nadal w nim pozostaje. Wszystko to w połączeniu z grą Tomasza Schuchardta czyni ten nowy portret Stanisława Wokulskiego niezwykle interesującym.
W filmie za to znowu, tak jak w przypadku Łęckiej, obracamy się w kluczu interpretacyjnym znanym wszystkim ze szkoły. Wokulski, grany tutaj przez Marcina Dorocińskiego, jest nieszczęśliwie zakochanym kupcem, któremu mamy współczuć, ponieważ nie udaje mu się zdobyć ręki Izabeli przy użyciu pieniędzy. Oczywiście Dorociński wypada fenomenalnie w swojej roli, to on głównie dźwiga ten film na swoich barkach, jednak dla mnie takie przedstawienie tej postaci jest zwyczajnie mało intrygujące.
Inne postaci lub ich brak
Obie te
wersje różnią się również zupełnie innym poprowadzeniem wątku pobocznych
postaci lub, jak w przypadku filmu, nawet ich brakiem, nie mówiąc o kompletnej
zmianie charakteru czy postaw niektórych postaci (serial) czy dość płytkie i
pośpieszne ich ukazanie (film).
W serialu
przedstawienie Marianny jest dość spójne z tekstem książki. Jest ona pracownicą
domu publicznego, zachowano też część, w której to Wokulski pomaga jej w
znalezieniu bardziej dogodnej pracy. W odróżnieniu od postaci w książce daje on
jej pieniądze nie tylko z powodu szlachetnych pobudek – chce, aby dziewczyna
zatrudniła się w domu Łęckich jako jego szpieg i donosiła mu o wszystkim, co
lubi czy robi panienka Łęcka. Marianna dostaje również wątek romansu z Ignacym
Rzeckim, który kończy się otwarciem przez nich własnego sklepu. Chwilę
wcześniej mamy również wątek gwałtu na Mariannie, którego dokonuje hrabia
Starski. Marianna mści się pod koniec serialu – zabija hrabię w szale, gdy ten
pojawia się w domu Wokulskiego. Z kolei w wersji filmowej postać Marianny
zostaje kompletnie pominięta. Postacią, której istnienie zostało przemilczane w
obu nowych interpretacjach, jest Węgiełek.
Wydźwięk obu produkcji
W zależności
od tego jak ktoś odbierze każdą z dwóch produkcji, ich wydźwięk może być różny.
Dla mnie pod względem ogólnym przesłanie obu produkcji jest pozytywne, choć
oczywiście różne. Wersja serialowa jest produkcją, która chce iść z duchem
czasu, będąc wariacją na temat dzieła Prusa, po którą prędzej sięgnie młode
pokolenie widzów. Z kolei film (poza pewnymi wyjątkami) trzyma się wersji,
która jest od lat nauczana w szkołach, w tym utartych schematów przy omawianiu
natury pewnych postaci.
Osobiście
uważam, że przepisywanie starych historii, czy to z książek czy innych mediów,
powinno wyglądać jak przykład ,,Lalki” od Netflixa. Reinterpretujemy kultową
historię żeby była ciekawa dla
współczesnego odbiorcy, aby była odnośnikiem, zachętą do tego, by widz zgłębił
historię w oryginale po tym, jak pewne motywy w uwspółcześnionej wersji go
zainteresują. Na tym powinno polegać przenoszenie historii już dobrze znanej
poprzednim pokoleniom na nowe czasy –
twórca podejmujący się opowiedzenia starej historii na nowo bierze
motywy czy ducha powieści i dodaje element czegoś od siebie, czy to się komuś
podoba, czy też nie.



.jpg)





0 Komentarze