| ,,Digger” (2026), reż. Alejandro González Iñárritu. Kadr z filmu. Źródło: Warner Bros |
Ciężko pisze się o ,,Diggerze”. Nie dlatego, że to nieudany, rozczarowujący film. Chodzi o prośbę twórców, aby nie zdradzać tego, co zostało ukryte w materiałach promocyjnych. Będzie wymagało to sporo ostrożności, lecz podejmę się tego, bo o ,,Diggerze” zdecydowanie warto mówić.
Jestem pewien, że dla wielu osób zwiastuny ,,Diggera” nie wyglądały dobrze. Szarobura kolorystyka i zapowiedź kolejnej satyry, która wyśmieje znienawidzone przez wszystkich osoby, a następnie nie pozostawi nas z niczym więcej. Sam miałem podobne obawy. Nawet w trakcie seansu ciężko nie było mi wyzbyć się wrażenia, że przecież Alejandro Gonzáleza Iñárritu stać na coś więcej niż taką banalną satyrę.
Owszem, początkowo film przebiega tak jak możecie się tego spodziewać. Obserwujemy najbogatszego człowieka na świecie, Diggera Rockwella, stającego w obliczu globalnej katastrofy, do której sam przyczynił się. Jest kwestia globalnego ocieplenia, krytyka oligarchów czy także postać prezydenta Stanów Zjednoczonych jawnie wyśmiewająca Donalda Trumpa. Wszystko to w tej estetyce, której mogliśmy spodziewać się. Na tym etapie niektóre żarty potrafią rozbawić, aczkolwiek nie są one też za bardzo wymyślne. Aż w końcu dochodzi do zwrotu akcji, który stawia cały film w zupełnie innym świetle.
Owszem, początkowo film przebiega tak jak możecie się tego spodziewać. Obserwujemy najbogatszego człowieka na świecie, Diggera Rockwella, stającego w obliczu globalnej katastrofy, do której sam przyczynił się. Jest kwestia globalnego ocieplenia, krytyka oligarchów czy także postać prezydenta Stanów Zjednoczonych jawnie wyśmiewająca Donalda Trumpa. Wszystko to w tej estetyce, której mogliśmy spodziewać się. Na tym etapie niektóre żarty potrafią rozbawić, aczkolwiek nie są one też za bardzo wymyślne. Aż w końcu dochodzi do zwrotu akcji, który stawia cały film w zupełnie innym świetle.
Jego oczywiście nie zdradzę, bo warto samemu doświadczyć tej niespodzianki. Przy czym i tak najbardziej polecam dać szansę filmowi bez czytania o nim. Pomimo wszystkiego, co może działać na jego niekorzyść. Aczkolwiek wiem, że będą ludzie, którzy podejmą decyzję o obejrzeniu filmu dopiero po zniechęcających lub zachęcających opiniach. Dlatego nie będę pisał o tym, co dzieje się w historii, tylko o aspektach, które ona porusza. Alejandro González Iñárritu ma dużo do przekazania w swoim filmie, lecz nie kończy się to niedokończonym dziełem. To co może wydawać się początkowo nietrafioną decyzją albo nudnym fragmentem, ostatecznie okazuje się mieć sens oraz swoje zasłużone miejsce w produkcji. Im dłużej myślę o ,,Diggerze”, tym bardziej mi się on podoba.
Reżyser przede wszystkim sprytnie obraca przeciwko widzom ich podejście do oglądania satyry. Początkowo jest się pozostawionym z tą prostą komedią, w której nie brakuje banałów lub żenujących żartów. To wejście w film nie jest łatwe. Jednak im dłużej trwał, tym bardziej łapałem się na tym, że karykaturalny portret rządu Stanów Zjednoczonych jednak mnie bawi. Uświadomiłem sobie również jak śmieszna jest dla mnie absurdalność tej filmowej rzeczywistości, która nie była wcale daleka od naszej. Iñárritu wie, że mechanizmem obronnym dla wielu ludzi jest wyśmiewanie osób, których nienawidzi się. Chcemy oglądać ich karykatury, bo możemy w ten sposób rozładować nas gniew.
| ,,Digger” (2026), reż. Alejandro González Iñárritu. Kadr z filmu. Źródło: Warner Bros |
Doszliśmy do przykrego momentu, w którym satyry nie mają sensu, bądź zwyczajnie nie działają. Zapewniają nam chwilową ulgę i katharsis poprzez wygodny sposób na wyśmianie tragicznej rzeczywistości, w której się znajdujemy. Jednak po ich zobaczeniu, nie dochodzi do żadnej refleksji u widza. Jakakolwiek chęć do aktywizmu, którą mogliśmy odczuwać podczas seansu, rozpryskuje się po zakończeniu. Zaś satyra ostatecznie tylko przeobraża rzeczywistość, łagodząc nasz ból, ale oprócz oferowania banałów nie rozwiązuje problemów. Właściwie nie dąży do osiągnięcia tego. Szczególnie kiedy jest finansowana przez osoby, dla których nie jest ona problemem.
Wierzę, że ,,Digger” narodził się w głowie Alejandro Gonzáleza Iñárritu w wyniku frustracji odczuwanej tym stanem rzeczy. Zresztą to nie jedyne co go wkurza w aktualnym świecie. Satyry pokroju ,,Nie patrz w górę” spędzały czas na rozpaczliwym nawoływaniu do dokonania zmiany, tymczasem ,,Digger” pokazuje, że mieliśmy na to czas, lecz nic nie zrobiliśmy, ponieważ nie chcieliśmy pogodzić się z częściowym przyczynieniem się do tragedii. Nie ma potrzeby uczyć ludzi o tym, co powinni zrobić, bo wielu już tego próbowało i nie zostali wysłuchani. Tu też objawia się wyjątkowo pesymistyczna natura filmu. Iñárritu jest świadomy tego, że żadna satyra, nieważne czy w stylu ,,Nie patrz w górę” czy nawet jego własna, nie wystarczy, aby dokonać zmiany. To nie filmy powinny być miejscem, w których szukamy rozwiązania naszych problemów.
Jest to szczególnie ważne w jednym z najważniejszych motywów filmu jakim jest kontrolowanie narracji. Nieważne jak winni będą ludzie stojący na najwyższych szczeblach, to zdołają oni przekształcić fakty tak, żeby zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego. Przejmując narrację, mogą kontrolować społeczeństwo, które dostosuje się do nowej rzeczywistości, a zapomną o niej tylko dzięki chwilowemu katharsis. Kiedy film dociera do tych wniosków, to zaczynamy zgoła odmiennie postrzegać wszystkie poprzednie sceny. Może okazać się nawet, że jakaś niepozorna postać w tle albo pomysł na czyiś wygląd, rzeczywiście dopowiadają coś ważnego. Być może moim najbardziej ulubionym takim elementem jest charakteryzacja Toma Cruise’a, wobec której czułem się kompletnie nie przekonany przed premierą. Tymczasem po obejrzeniu filmu uderzyło mnie dlaczego wygląda on tak, a nie inaczej i z czego wynika jego charakter.
To dobry moment, żeby powiedzieć coś o głównej gwieździe filmu. Ciężko nie było zwrócić uwagi na to jak szumnie zapowiadany był powrót Toma Cruise’a do dramatycznej roli po latach grania w wysokobudżetowym kinie. Niemniej cicho było o nadziejach na pierwszego Oscara za występ w jego karierze (aktor dotychczas otrzymał statuetkę za całokształt). To łatwy sposób, żeby zrodzić obawy o kreację, która będzie usilnym staraniem się o wygranie tej nagrody. Zresztą nie byłaby to pierwsza taka sytuacja w filmografii Alejandro Gonzáleza Iñárritu (Leonardo DiCaprio nie zasłużył na Oscara za ,,Zjawę”). Na szczęście występ Toma Cruise’a nie jest desperacką próbą otrzymania statuetki, ani też rolą, która by wpisywała się w to, czego akademicy pożądają najbardziej. Digger Rockwell w wykonaniu gwiazdora to charyzmatyczny, pełen energii występ. Sceny takie jak ta w Parlamencie Europejskim pokazują, że aktor fantastycznie panuje nad swoją mimiką i gestykulacją. Również idealnie wpisuje się w cechy karykatury, które są tak ważne dla przekazu filmu. To zdecydowanie występ, na którego barkach spoczywała cała produkcja. Reszta obsady pomimo krótszego czasu ekranowego, również wypada bardzo dobrze. Myślę przede wszystkim o Johnnie Goodmanie (aż wracają wspomnienia z ,,Big Lebowskiego”), ale Riz Ahmed oraz Sandra Hüller też pokazują, że mają talent komediowy.
![]() |
| ,,Digger” (2026), reż. Alejandro González Iñárritu. Kadr z filmu. Źródło: Warner Bros |
Wciąż nie jestem w pełni przekonany do warstwy technicznej. Potrafię wybronić decyzję o szarej palecie barw, która nie tylko pasuje do tej konkretnej wizji reżysera opowiadającej o końcu świata, lecz także jest prawdopodobną inspiracją twórczością Roya Anderssona. Jednak pod względem zdjęć, najnowsza kolaboracja Iñárritu i Lubezkiego nie imponuje równie bardzo, co poprzednie. Przy czym zdarzają się kreatywne ujęcia, które wydobywają to, co najlepsze z jeszcze ciekawszej scenografii.
O najnowszym filmie Alejandro Gonzáleza Iñárritu mówi się w ostatnich dniach przede wszystkim pod kątem komercyjnej porażki i dzielącego przyjęcia przez krytyków oraz widzów. Niektórzy podchodzą wręcz do niego w złej wierze zakładając, że nie może on być dobry. Czy to przez słabe zapowiedzi czy reżysera, którego poprzednie dzieła potrafiły być różnie odbierane. Tymczasem za mało skupia się na tym jak ważny jest ten film w katalogu wytwórni. Oglądałem go w dniu kiedy ogłoszono, że Mike De Luca i Pam Abdy czyli osoby odpowiedzialne za filmową dywizję Warner Bros od 2022 roku, przestaną pełnić tę funkcję w związku z przejęciem przez Paramount Pictures. To dzięki nim w ostatnich paru latach wytwórnia miała swój najlepszy rok w postaci 2025. Choć jakość filmów, do których powstania przyczynili się była różna, to niewątpliwie sprawili, że właśnie Warner Bros miało najbardziej autorski katalog w ostatnim czasie. W żadnej innej wytwórni nie można było spodziewać się takich produkcji jak ,,Joker: Folie à Deux”, ,,Mickey 17”, ,,Grzesznicy”, ,,Jedna bitwa po drugiej”, ,,Wichrowe Wzgórza”, ,,Panna młoda!”, ,,Koniec ulicy Dębowej” czy omawiany tu ,,Digger”. Tak, część tych filmów nie podobała mi się. A nawet te bardzo dobre były klapami finansowymi. Jednak strategia De Luci oraz Abdy sprawiała, że nawet prowadzony przez okropnego Davida Zaslava Warner Bros, może być miejscem, w którym utalentowani twórcy dostaliby wielkie pieniądze na realizację ich autorskich projektów. To dzięki temu podejściu obejrzałem ,,Diggera”. Bezkompromisowy, oryginalny i odważny film, którego nigdy nie otrzymamy za czasów połączonej wytwórni Skydance. Choć jego przekaz podany w bezpośredni sposób będzie odebrany przez innych jak uderzenie łopatą (o ironio) w głowę, to moim zdaniem to nie są już czasy na subtelność, kiedy mowa o takich tematach.


0 Komentarze