Pamiętam
dokładnie moje emocje w dniu 25 kwietnia 2019 roku, kiedy to wybrałem się na
premierę ,,Avengers: Endgame”. Tak jak większość fanów odczuwałem wtedy dużą
ekscytację, która udzielała się wówczas każdemu, kto był jakoś zaangażowany w
to łączone uniwersum. MCU działało w końcu jak dobrze naoliwiona maszyna,
która, oczywiście, czasem szwankowała, jednak na ogół działała dobrze. Fani
mieli wielkie oczekiwania, jednocześnie będąc właśnie tak podekscytowanymi, że
nawet gdyby owe oczekiwania nie zostały spełnione, to i tak wybaczylibyśmy i
stwierdzili, że nam się podobało. Marvel wyszedł z tego obronną ręką, bo
,,Avengers: Endgame” to film typu “one and done”, który stanął na wysokości
zadania tylko dlatego, że był podsumowaniem 10-letniej przygody bohaterów,
których kochaliśmy i chcieliśmy oglądać przez te wszystkie lata. Wieńczył on
również pewne wątki zaczęte dawniej, jak np. to, co powiedział Hawkeye do
Czarnej Pantery na lotnisku w ,,Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” itd. Słowem –
było to wydarzenie, które przeżywało się sercem, a nie rozumem.
O ile około
pierwsze 40 minut tego filmu nadal naprawdę mi się podobały, tak potem niestety
było tylko gorzej. Na początku dostajemy kontynuację filmu katastroficznego,
jakim był ,,Avengers: Wojna Bez Granic” ze świetnym klimatem, gdzie przez
moment pochylamy się nad życiem ludzi po apokalipsie oraz potencjalnych dobrych
skutkach dla samej natury. Oczywiście rozumiemy naszych bohaterów i to, czemu
chwytają się oni dosłownie wszystkiego, aby odkręcić to, co pod koniec
poprzedniego filmu zrobił Thanos. Do momentu, w którym Natasza odnajduje Clinta
w Japonii wciąż bardzo dobrze oglądało mi się ten film, jednak później cała
magia z 2019 roku zniknęła.
Kiedy zaczyna
się drugi akt filmu, a co za tym idzie podróże w czasie, produkcja zaczyna
tracić na wartości – pojawiają się dziury scenariuszowe, które nie mają sensu
wewnątrz tego świata, a nawet są dla niego krzywdzące. Pojawiają się postaci i
sytuacje, które tracą na znaczeniu, m.in. Thanos, który zostaje wymazany w
przyszłości przez co nie ma go w przeszłości, co nie doprowadza do powstania
Strażników Galaktyki, kapitan Ameryka, który „jest w Hydrze”, czy chociażby
stary Steve Rogers dający tarcze Samowi Willsonowi (co ma jeszcze mniej sensu
patrząc na zmienione zakończenie w kontekście ”Doomsday”). Nie mówiąc już o
tym, że Kapitan nie został w swojej linii czasowej ze swoją ukochaną. Dodatkowo
sam koncept cofania sie do miejsc z przeszłości przez bohaterów jest czystym
zabiegiem nostalgicznym, który oczywiście najlepiej będzie działać wtedy, kiedy
wszystkie te filmy się obejrzało. Z kolei wątkiem, który działa dla mnie wciąż
mimo upływu lat jest wątek Hawkeye’a, który stał się Roninem po tym, jak jego
rodzina zniknęła. Wątek ten działa dobrze, ponieważ jest osadzony w tym
konkretnie filmie i nie potrzeba do niego wielkiej podbudowy. Mimo upływu lat
nadal porusza mnie śmierć Nataszy na Vormirze. Niestety podczas sceny z
portalami nie odczułem już takiego samego dreszczu emocji jak przy pierwszym
obejrzeniu.
Zwróciłem
również uwagę na sam wygląd filmu. Znowu początek wygląda bardzo dobrze i jest
naprawdę klimatyczny, środek filmu też jest jeszcze całkiem w porządku pod
kątem wizualnym. Niestety nie mogę powiedzieć tego o finałowej bitwie, która
jest szara, ciemna i po prostu brzydka w porównaniu do finałowej bitwy w
słonecznej Wakandzie pod koniec ,,Avengers: Wojna Bez Granic”. Czuć tu lenistwo
scenariusza oraz brak czasu dla specjalistów od efektów specjalnych na
dokończenie swojej pracy. Scenariuszowe dziury czy brzydka strona wizualna,
które wybaczyliśmy przy okazji ,,Avengers: Koniec Gry” zaczęły pojawiać się
coraz częściej w następnych projektach od Marvela. Myślę, że ,,Avengers: Koniec
Gry” jak najbardziej mogło się do tego przyczynić, razem z kilkoma innymi
czynnikami, o których później.
Spadek jakości zaczął się od Endgame
,,Avengers:
Endgame” było zakończeniem pewnej epoki w dziejach Marvel Studios. Wielu widzów
właśnie po nim odwróciło się od MCU, jednak niektórzy, w tym ja, sądzili, że od
tego momentu nastąpi jego ponowny rozkwit i otwarcie się na nowe możliwości.
Teraz z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że się myliłem. Oczywiście w
przeciągu fazy czwartej, piątej i szóstej zdarzały się projekty, które bardzo
lubię, jak chociażby „Eternals”, ,,Doctor Strange: W Multiwersum Obłędu”,
,,Thunderbolts*” i „Fantastyczna
Czwórka: Pierwsze Kroki”. Nawet jeżeli któryś z tych filmów ma swoje wady, to
byłem w stanie ich bronić. Część z nich pomimo sukcesu pod względem krytycznym radziła
sobie średnio w finansowo (tak było chociażby z ,,Thunderbolts*”). Zdarzały się
również projekty naprawdę nijakie, żeby nie powiedzieć fatalne, jak ,,Kapitan
Ameryka: Całkiem Nowy Świat” czy „Ant-Man i Osa: Kwantomania”, które przyjęły
się raczej słabo oraz przyniosły straty finansowe dla Marvel Studios. Zdarzały
się również przypadki takie jak tegoroczny ,,Spider-Man: Całkiem Nowy Dzień”,
który odniósł olbrzymi sukces finansowy jak i krytyczny.
Pojawiły się
również seriale, które obiecywały filmową jakość. Z początku przyjąłem je z
otwartymi ramionami, np. pierwszy serial ze stajni MCU ,,WandaVision” naprawdę
przypadł mi do gustu pomimo fatalnego finałowego odcinka, ale winą za to można
by obarczyć pandemię koronawirusa. Jako drugi z seriali wyłonił się ,,Falcon i
Zimowy Żołnierz”, który – powtarzając pomyłki poprzednika – do momentu finału
był naprawdę przyjemnym serialem. Za trzecim razem dostaliśmy serial ,,Loki”,
który okazał się być naprawdę fenomenalny (do dziś jest to moim zdaniem
najlepszy z seriali MCU). Potem dostaliśmy seriale ,,Hawkeye”, ,,Moon Knight”,
„Miss Marvel” oraz “Mecenas She-Hulk”, które (znowu) do swoich ostatnich
odcinków, sprawiały mi frajdę. Były też seriale animowane jak ,,A gdyby…?”. W
pewnym momencie jednak zrobiło się tego tak dużo, że ta machina przestała
sprawnie pracować, a ja zacząłem mieć dość. Gwoździem do trumny okazała się
„Tajna Inwazja”. Wtedy przestałem, poza pewnymi wyjątkami, śledzić serialowy
zakątek tego świata. Z rzeczy, które jeszcze obejrzałem, mogę wymienić drugi
sezon ,,Lokiego” (który ponownie okazał się świetny) oraz ,,To Zawsze Agata”– projekt
rozwijany zupełnie na boku, który raczej nikogo nie interesował, a okazał się
naprawdę świetny. Obejrzałem również pierwszy sezon o przygodach człowieka bez
strachu, Daredevilla, pt. ,,Daredevill: Odrodzenie”, który do finału był
naprawdę dobrym i angażującym serialem, jednak bez porównania ze wcześniejszymi
sezonami od Netfliksa. Drugiego sezonu nawet nie dokończyłem.
Forma spadała, ale gdzieś był wielki plan
Pomimo spadku
formy produkcji wytwórni Marvel Studios wciąż śledziłem co dzieje się z tym
uniwersum, głównie ze względu na zapowiedź pojawienia się kolejnego wielkiego
złoczyńcy –Kanga Zdobywcy – który był zapowiadany już od pierwszego sezonu
Lokiego, a później pojawił się również w trzeciej części przygód Ant-Mana.
Wprowadzono wiele nowych postaci, ale wszystkie te historie nie łączyły się w
spójną całość, jednak pomimo tego wszystkiego mieliśmy dostać kolejne wielkie
zwieńczenie - ,,Avengers: The Kang Dynasty”. Plany te pokrzyżowało jednak kilka
czynników. Jednym z nich było słabe przyjęcie filmu ,,Ant-Man i Osa:
Kwantomania”, w którym Kang Zdobywca był głównym przeciwnikiem. Później
wypłynęła na światło dzienne sprawa związana z zarzutami dla aktora
wcielającego się w Kanga (Jonathana Majorsa), w której to ława przysięgłych
uznała go winnym nękania oraz napaści na swoją partnerkę. Trzecim czynnikiem
było przejęcie przez Boba Chapeka stołka prezesa Disneya oraz nacisk z jego
strony na produkowanie większej ilości treści w znacznie mniejszym czasie, co
przyczyniło się do spadku jakości produkcji. Te trzy czynniki potencjalnie
doprowadziły do kompletnej zmiany kursu.
Dwie pieczenie na jednym ogniu
Po zmianie
kursu ogłoszona została produkcja ,,Avengers: Doomsday”, a w miejsce Kanga jako
głównego złoczyńcy pojawił się dobrze znany miłośnikom komiksów czy historii o
Fantastycznej Czwórce Doktor Doom, w którego ma wcielić się powracający do
Marvela Robert Downey Jr. Powrócili też reżyserowie dwóch poprzednich odsłon
przygód Avengers – Joe i Anthony Russo. Produkcja “Doomsday” rozpoczęła się,
później dostaliśmy cztery mini zapowiedzi, a następnie pełną zapowiedź
(pokazujące połączenie między ,,Avengers: Endgame” a “Doomsday”). Marvel
ogłosił ponownie wejście ,,Avengers: Endgame” do kin, tym razem w wersji
rozszerzonej, zawierającej sceny, które mają być wprowadzeniem do “Doomsday”.
Ukaże się ona w grudniu.
Po moim
powrocie do filmu z 2019 roku, w kontekście tego, że ma być on pewną podbudową
do nadchodzącego eventu, zdałem sobie sprawę, że twórcy chcą naprawić pewne
błędy logiczne czy wątki, które nie spodobały się fanom, tłumacząc je nowym
filmem z cyklu Avengers. Może i miałoby to jakiś sens, gdyby nie to, że jest to
plan awaryjny napisany na kolanie, przez to, że pierwotny plan się nie udał.
Nie mam nic przeciwko samej idei “Doomsday”, jednak to, że jest to swego
rodzaju kontynuacja ,,Endgame”, a nie zwieńczenie kolejnych trzech faz, nie
jest dla mnie zbyt przekonujące (choć w głębi serca wciąż chcę trzymać kciuki,
że chociaż pod względem historii “Doomsday” się uda, bo jeżeli chodzi o sam
wygląd filmu to nie ma tutaj co ratować). Z drugiej strony – w tych trzech fazach nie ma zbytnio czego
podsumowywać, ponieważ nie mają one żadnego spoiwa. Są one raczej zbiorem
różnych niepowiązanych ze sobą projektów oraz postaci.
Czy to koniec spadku formy MCU?
Mam ogromną
nadzieję, że po tegorocznym ,,Avengers: Doomsday” oraz przyszłorocznym
,,Avengers: Secret Wars” i tak zapowiadanym „resecie” zakończy się okres
niepowodzenia Marvela, a kierownictwo studia wyciągnie właściwe wnioski. Póki
co trzy zapowiedziane przez nich w tym roku projekty: ,,X-Men”, „Ghost Rider” z
Ryanem Goslingiem oraz ,,Czarna Pantera 3”’ mogą na to wskazywać. Ponadto
możliwe jest, że Marvel/Disney przynajmniej na jakiś czas kończą z
wypuszczaniem seriali ze świata MCU. Poza wychodzącym jeszcze w tym roku
,,VisionQuest” oraz zapowiedzianym na początek przyszłego roku trzecim sezonem
,,Daredevil: Odrodzenie” nie ma zapowiedzianego żadnego kolejnego serialu. Nie
zdziwiłbym się, gdyby seriale MCU zostały permanentnie skasowane, a na ich
miejscu wciąż wychodziłyby seriale animowane, kompletnie oderwane od głównego
uniwersum oraz znacznie tańsze pod względem produkcji ( np. kolejne sezony
,,X-Men ‘97” czy „Spider-Man: Przyjazny pająk z sąsiedztwa”). Na ten moment
mogę oczywiście tylko spekulować, czy faktycznie MCU wróci do swojej dobrej
formy na stałe. Chcę w to wierzyć, ponieważ przez te wszystkie lata dostawałem
pewne przebłyski dawnego MCU. Jednak na ten moment pozostaje mi tylko czekać.







0 Komentarze