,,Avengers: Endgame” było początkiem spadku formy? – Stan MCU po 2019 roku

 

Źródło: disneyplus.com


Od 25 września w kinach można oglądać ”Avengers: Endgame Encore”, które poza powrotem do zwieńczenia sagi nieskończoności MCU oferuje jeszcze dodatkowe materiały związane z nadchodzącym ,,Avengers: Doomsday”. Dla mnie jednak był to przede wszystkim gorzki powrót po latach oraz okazja do zadania sobie pytania: Czy przez wyżyny na jakich było wówczas MCU nie zauważyliśmy, że Endgame to spadek formy?

Pamiętam dokładnie moje emocje w dniu 25 kwietnia 2019 roku, kiedy to wybrałem się na premierę ,,Avengers: Endgame”. Tak jak większość fanów odczuwałem wtedy dużą ekscytację, która udzielała się wówczas każdemu, kto był jakoś zaangażowany w to łączone uniwersum. MCU działało w końcu jak dobrze naoliwiona maszyna, która, oczywiście, czasem szwankowała, jednak na ogół działała dobrze. Fani mieli wielkie oczekiwania, jednocześnie będąc właśnie tak podekscytowanymi, że nawet gdyby owe oczekiwania nie zostały spełnione, to i tak wybaczylibyśmy i stwierdzili, że nam się podobało. Marvel wyszedł z tego obronną ręką, bo ,,Avengers: Endgame” to film typu “one and done”, który stanął na wysokości zadania tylko dlatego, że był podsumowaniem 10-letniej przygody bohaterów, których kochaliśmy i chcieliśmy oglądać przez te wszystkie lata. Wieńczył on również pewne wątki zaczęte dawniej, jak np. to, co powiedział Hawkeye do Czarnej Pantery na lotnisku w ,,Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” itd. Słowem – było to wydarzenie, które przeżywało się sercem, a nie rozumem. 

,,Avengers: Endgame" (2019), reż. Joe Russo, Anthony Russo. Kadr z filmu. Źródło: IMDB

Avengers Endgame po latach

O ile około pierwsze 40 minut tego filmu nadal naprawdę mi się podobały, tak potem niestety było tylko gorzej. Na początku dostajemy kontynuację filmu katastroficznego, jakim był ,,Avengers: Wojna Bez Granic” ze świetnym klimatem, gdzie przez moment pochylamy się nad życiem ludzi po apokalipsie oraz potencjalnych dobrych skutkach dla samej natury. Oczywiście rozumiemy naszych bohaterów i to, czemu chwytają się oni dosłownie wszystkiego, aby odkręcić to, co pod koniec poprzedniego filmu zrobił Thanos. Do momentu, w którym Natasza odnajduje Clinta w Japonii wciąż bardzo dobrze oglądało mi się ten film, jednak później cała magia z 2019 roku zniknęła.

Kiedy zaczyna się drugi akt filmu, a co za tym idzie podróże w czasie, produkcja zaczyna tracić na wartości – pojawiają się dziury scenariuszowe, które nie mają sensu wewnątrz tego świata, a nawet są dla niego krzywdzące. Pojawiają się postaci i sytuacje, które tracą na znaczeniu, m.in. Thanos, który zostaje wymazany w przyszłości przez co nie ma go w przeszłości, co nie doprowadza do powstania Strażników Galaktyki, kapitan Ameryka, który „jest w Hydrze”, czy chociażby stary Steve Rogers dający tarcze Samowi Willsonowi (co ma jeszcze mniej sensu patrząc na zmienione zakończenie w kontekście ”Doomsday”). Nie mówiąc już o tym, że Kapitan nie został w swojej linii czasowej ze swoją ukochaną. Dodatkowo sam koncept cofania sie do miejsc z przeszłości przez bohaterów jest czystym zabiegiem nostalgicznym, który oczywiście najlepiej będzie działać wtedy, kiedy wszystkie te filmy się obejrzało. Z kolei wątkiem, który działa dla mnie wciąż mimo upływu lat jest wątek Hawkeye’a, który stał się Roninem po tym, jak jego rodzina zniknęła. Wątek ten działa dobrze, ponieważ jest osadzony w tym konkretnie filmie i nie potrzeba do niego wielkiej podbudowy. Mimo upływu lat nadal porusza mnie śmierć Nataszy na Vormirze. Niestety podczas sceny z portalami nie odczułem już takiego samego dreszczu emocji jak przy pierwszym obejrzeniu.

Zwróciłem również uwagę na sam wygląd filmu. Znowu początek wygląda bardzo dobrze i jest naprawdę klimatyczny, środek filmu też jest jeszcze całkiem w porządku pod kątem wizualnym. Niestety nie mogę powiedzieć tego o finałowej bitwie, która jest szara, ciemna i po prostu brzydka w porównaniu do finałowej bitwy w słonecznej Wakandzie pod koniec ,,Avengers: Wojna Bez Granic”. Czuć tu lenistwo scenariusza oraz brak czasu dla specjalistów od efektów specjalnych na dokończenie swojej pracy. Scenariuszowe dziury czy brzydka strona wizualna, które wybaczyliśmy przy okazji ,,Avengers: Koniec Gry” zaczęły pojawiać się coraz częściej w następnych projektach od Marvela. Myślę, że ,,Avengers: Koniec Gry” jak najbardziej mogło się do tego przyczynić, razem z kilkoma innymi czynnikami, o których później.

Źródło: Marvel Cinematic Universe Wiki - Fandom

Spadek jakości zaczął się od Endgame

,,Avengers: Endgame” było zakończeniem pewnej epoki w dziejach Marvel Studios. Wielu widzów właśnie po nim odwróciło się od MCU, jednak niektórzy, w tym ja, sądzili, że od tego momentu nastąpi jego ponowny rozkwit i otwarcie się na nowe możliwości. Teraz z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że się myliłem. Oczywiście w przeciągu fazy czwartej, piątej i szóstej zdarzały się projekty, które bardzo lubię, jak chociażby „Eternals”, ,,Doctor Strange: W Multiwersum Obłędu”, ,,Thunderbolts*” i  „Fantastyczna Czwórka: Pierwsze Kroki”. Nawet jeżeli któryś z tych filmów ma swoje wady, to byłem w stanie ich bronić. Część z nich pomimo sukcesu pod względem krytycznym radziła sobie średnio w finansowo (tak było chociażby z ,,Thunderbolts*”). Zdarzały się również projekty naprawdę nijakie, żeby nie powiedzieć fatalne, jak ,,Kapitan Ameryka: Całkiem Nowy Świat” czy „Ant-Man i Osa: Kwantomania”, które przyjęły się raczej słabo oraz przyniosły straty finansowe dla Marvel Studios. Zdarzały się również przypadki takie jak tegoroczny ,,Spider-Man: Całkiem Nowy Dzień”, który odniósł olbrzymi sukces finansowy jak i krytyczny. 

Pojawiły się również seriale, które obiecywały filmową jakość. Z początku przyjąłem je z otwartymi ramionami, np. pierwszy serial ze stajni MCU ,,WandaVision” naprawdę przypadł mi do gustu pomimo fatalnego finałowego odcinka, ale winą za to można by obarczyć pandemię koronawirusa. Jako drugi z seriali wyłonił się ,,Falcon i Zimowy Żołnierz”, który – powtarzając pomyłki poprzednika – do momentu finału był naprawdę przyjemnym serialem. Za trzecim razem dostaliśmy serial ,,Loki”, który okazał się być naprawdę fenomenalny (do dziś jest to moim zdaniem najlepszy z seriali MCU). Potem dostaliśmy seriale ,,Hawkeye”, ,,Moon Knight”, „Miss Marvel” oraz “Mecenas She-Hulk”, które (znowu) do swoich ostatnich odcinków, sprawiały mi frajdę. Były też seriale animowane jak ,,A gdyby…?”. W pewnym momencie jednak zrobiło się tego tak dużo, że ta machina przestała sprawnie pracować, a ja zacząłem mieć dość. Gwoździem do trumny okazała się „Tajna Inwazja”. Wtedy przestałem, poza pewnymi wyjątkami, śledzić serialowy zakątek tego świata. Z rzeczy, które jeszcze obejrzałem, mogę wymienić drugi sezon ,,Lokiego” (który ponownie okazał się świetny) oraz ,,To Zawsze Agata”– projekt rozwijany zupełnie na boku, który raczej nikogo nie interesował, a okazał się naprawdę świetny. Obejrzałem również pierwszy sezon o przygodach człowieka bez strachu, Daredevilla, pt. ,,Daredevill: Odrodzenie”, który do finału był naprawdę dobrym i angażującym serialem, jednak bez porównania ze wcześniejszymi sezonami od Netfliksa. Drugiego sezonu nawet nie dokończyłem. 

San Diego Comic-Con 2022. Źródło: marvel.com

Forma spadała, ale gdzieś był wielki plan

Pomimo spadku formy produkcji wytwórni Marvel Studios wciąż śledziłem co dzieje się z tym uniwersum, głównie ze względu na zapowiedź pojawienia się kolejnego wielkiego złoczyńcy –Kanga Zdobywcy – który był zapowiadany już od pierwszego sezonu Lokiego, a później pojawił się również w trzeciej części przygód Ant-Mana. Wprowadzono wiele nowych postaci, ale wszystkie te historie nie łączyły się w spójną całość, jednak pomimo tego wszystkiego mieliśmy dostać kolejne wielkie zwieńczenie - ,,Avengers: The Kang Dynasty”. Plany te pokrzyżowało jednak kilka czynników. Jednym z nich było słabe przyjęcie filmu ,,Ant-Man i Osa: Kwantomania”, w którym Kang Zdobywca był głównym przeciwnikiem. Później wypłynęła na światło dzienne sprawa związana z zarzutami dla aktora wcielającego się w Kanga (Jonathana Majorsa), w której to ława przysięgłych uznała go winnym nękania oraz napaści na swoją partnerkę. Trzecim czynnikiem było przejęcie przez Boba Chapeka stołka prezesa Disneya oraz nacisk z jego strony na produkowanie większej ilości treści w znacznie mniejszym czasie, co przyczyniło się do spadku jakości produkcji. Te trzy czynniki potencjalnie doprowadziły do kompletnej zmiany kursu. 

Źródło: IMDB

Dwie pieczenie na jednym ogniu

Po zmianie kursu ogłoszona została produkcja ,,Avengers: Doomsday”, a w miejsce Kanga jako głównego złoczyńcy pojawił się dobrze znany miłośnikom komiksów czy historii o Fantastycznej Czwórce Doktor Doom, w którego ma wcielić się powracający do Marvela Robert Downey Jr. Powrócili też reżyserowie dwóch poprzednich odsłon przygód Avengers – Joe i Anthony Russo. Produkcja “Doomsday” rozpoczęła się, później dostaliśmy cztery mini zapowiedzi, a następnie pełną zapowiedź (pokazujące połączenie między ,,Avengers: Endgame” a “Doomsday”). Marvel ogłosił ponownie wejście ,,Avengers: Endgame” do kin, tym razem w wersji rozszerzonej, zawierającej sceny, które mają być wprowadzeniem do “Doomsday”. Ukaże się ona w grudniu.

Po moim powrocie do filmu z 2019 roku, w kontekście tego, że ma być on pewną podbudową do nadchodzącego eventu, zdałem sobie sprawę, że twórcy chcą naprawić pewne błędy logiczne czy wątki, które nie spodobały się fanom, tłumacząc je nowym filmem z cyklu Avengers. Może i miałoby to jakiś sens, gdyby nie to, że jest to plan awaryjny napisany na kolanie, przez to, że pierwotny plan się nie udał. Nie mam nic przeciwko samej idei “Doomsday”, jednak to, że jest to swego rodzaju kontynuacja ,,Endgame”, a nie zwieńczenie kolejnych trzech faz, nie jest dla mnie zbyt przekonujące (choć w głębi serca wciąż chcę trzymać kciuki, że chociaż pod względem historii “Doomsday” się uda, bo jeżeli chodzi o sam wygląd filmu to nie ma tutaj co ratować). Z drugiej strony –  w tych trzech fazach nie ma zbytnio czego podsumowywać, ponieważ nie mają one żadnego spoiwa. Są one raczej zbiorem różnych niepowiązanych ze sobą projektów oraz postaci. 

San Diego Comic-Con 2026. Źródło: moviefone.com

Czy to koniec spadku formy MCU?

Mam ogromną nadzieję, że po tegorocznym ,,Avengers: Doomsday” oraz przyszłorocznym ,,Avengers: Secret Wars” i tak zapowiadanym „resecie” zakończy się okres niepowodzenia Marvela, a kierownictwo studia wyciągnie właściwe wnioski. Póki co trzy zapowiedziane przez nich w tym roku projekty: ,,X-Men”, „Ghost Rider” z Ryanem Goslingiem oraz ,,Czarna Pantera 3”’ mogą na to wskazywać. Ponadto możliwe jest, że Marvel/Disney przynajmniej na jakiś czas kończą z wypuszczaniem seriali ze świata MCU. Poza wychodzącym jeszcze w tym roku ,,VisionQuest” oraz zapowiedzianym na początek przyszłego roku trzecim sezonem ,,Daredevil: Odrodzenie” nie ma zapowiedzianego żadnego kolejnego serialu. Nie zdziwiłbym się, gdyby seriale MCU zostały permanentnie skasowane, a na ich miejscu wciąż wychodziłyby seriale animowane, kompletnie oderwane od głównego uniwersum oraz znacznie tańsze pod względem produkcji ( np. kolejne sezony ,,X-Men ‘97” czy „Spider-Man: Przyjazny pająk z sąsiedztwa”). Na ten moment mogę oczywiście tylko spekulować, czy faktycznie MCU wróci do swojej dobrej formy na stałe. Chcę w to wierzyć, ponieważ przez te wszystkie lata dostawałem pewne przebłyski dawnego MCU. Jednak na ten moment pozostaje mi tylko czekać. 


 

Prześlij komentarz

0 Komentarze