Labirynt, teatr i naturalny czas. O twórczości Jacques’a Rivetta na przykładzie filmu ,,Miłości Szalonej"


Źródło zdjęcia

Jacques Rivette – jeden z reprezentantów Francuskiej Nowej Fali – nurtu  zapoczątkowanego  pod koniec lat 50, mającego w dużym skrócie, przeciwstawić się sekwańskiej kinematografii, która według nowofalowych autorów miała niską wartość intelektualną, brak refleksyjności, nieustanne adaptowanie literackich  powieści oraz wysoką jakość scenografii, która miała skrupulatnie ukryć niedociągnięcia. 


Autorzy Nowej Fali nie studiowali filmu, tworzyli kluby filmowe, na których oglądali po 5 filmów dziennie, a potem szeroko, czasem do  późnej nocy dyskutowali. Tam narodziła się w Rivecie miłość do ruchomego obrazu, która ujrzało światło dzienne w jego tekstach w najsłynniejszej redakcji filmowej – „Cahiers du Cinema” pod przewodnictwem Andrea Bazina. Po  kilkunastu latach przeniósł swoje autorskie słowa w czyny. Jacquesa Rivetta kojarzą zjadacze kina, fascynaci Francuską Nową Falę, lecz  tym tekstem pragnę, nawet czuję obowiązek, przybliżyć sylwetkę reżysera i  motywy, które pojawiają się w jego filmach. Widziałem jak na razie tylko 4  obrazy, ale z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że był to znakomity twórca i myślę, że jest zdecydowanie moim ulubionym reżyserem z Francuskiej Nowej  Fali.  


Jacques Rivette był introwertyczną, pełną tajemnic, skrytą w sobie osobą. To był  chłopak, który podpiera się na ścianie w trakcie imprezy i bacznie obserwuję. W  przeciwieństwie do swoich kolegów oraz koleżanki, Agnes Vardy, którzy byli  znacznie pewniejsi siebie i są bardziej kojarzeni z nurtem, który odrodził na  nowo kino. Mowa o  Jean Luca Godardzie, Françoisa Truffauta, Clauda Chabrola czy Ericu Rohmerze. Ta ekipa wiecznie konstruowała nowe formy opowiadania,  ich aktorzy mieli zupełnie inną formę ekspresji, sposób grania, często chłodny,  ale w tym lodzie, kryło się wewnętrzne ciepło, które powoli się roztapiało wraz z rozwojem fabuły. Jednak  myślę, że Jacques Rivette był największym eksperymentatorem i najwierniej oddawał ducha tamtych czasów. 



Źródło zdjęcia

Francuski reżyser całkowicie w swojej filmografii usuwa dynamiczny, stały montaż charakterystyczny hollywoodzkim  filmom. Zastosował naturalny, niemalże realistyczny czas. Oczywiście wiąże się  to z negatywnym zdaniami oglądających jego dzieła typu: za nudno, ile jeszcze,  ale właśnie w tej monotonii kryje się nieskazitelny diament, który pozwala nam doświadczyć fascynującego rzemiosła. Jego praca z aktorami polegała na totalnej swobodzie. Bardzo chętnie przyjmował propozycje od aktorów, które  były później rejestrowane, a on razem z scenarzystami nie pisali gotowych scenariuszy,  tylko koncepty, szkice, które później były dalej rozwijane w czasie wejścia na  plan. Na tle literatury Jacques Rivette był ogromnym fanem twórczości Balzaca  – rodzimego pisarza, który łączył skąpe opisy postaci z motywem spisku czy  labiryntu. I te właśnie elementy pojawiają się w filmografii zamkniętego w sobie  mężczyzny. Flagowym przykładem jest „Celine i Julie odpływają” - narkotycznym sprincie po tajemniczym Paryżu, przywodzącym na myśl  „Mulholland Drive” w reżyserii Davida Lyncha. Z pewnością amerykański mistrz surrealizmu się nim inspirował tworząc swoje reprezentacyjne dzieło. 



Jacques Rivette wraz z Julie Berto i Dominique Labourier na planie ,,Celine i Julie odpływają"

 Źródło zdjęcia


Oryginalny tytuł „L'amour fou” nie został wybrany przypadkowo. Jacques wziął  tytuł z książki autorstwa Andre Bretona, którą przeczytał w wieku 17 lat i był nią zachwycony. Przetłumaczony tytuł brzmi: „Szalona miłość” i w dosłowny oraz  metaforyczny sposób oddaje to w jego filmie wypuszczonym w 1969 roku – „Miłość Szalona”. Historia przedstawia parę małżeńską, Sebastiana, reżysera  teatralnego i żonę Claire, aktorkę. Ich związek zostaje poddany próbie, kiedy  Sebastian wraz z ekipą teatralną, przygotowują się do nadchodzącego występu. Adaptują oni „Andromachę” Jeana Racine – klasyczną francuską tragedię.  Dokładny kryzysowy moment pary następuje, kiedy Sebastianowi nie podoba się  gra małżonki, więc na jej miejsce wchodzi jego ex – Marta. Claire wraca do  mieszkania, a jej mąż, pasjonat teatru dalej ćwiczy. Małżonek wraca do domu,  wraca znowu na scenę i tak naprzemiennie przez 252 minuty, czyli ponad 4 godziny, lecz również w tym czasie spoglądamy na perspektywę Claire, która w większości widzi go tylko w domu. Zostaje zamknięta w czterech ścianach niczym mały wróbelek w klatce. 



„Miłość Szalona” (1969), reż. Jacques Rivette. Kadr z filmu Źródło zdjęcia


Kobieta nie potrafi się z nim porozumieć, więc dochodzi do  absurdalnych sytuacji: czytania na głos powieści, którą adaptuje, gdyż jest to jedyna możliwa z nim komunikacja, obserwuję ludzi z okna i komentuje to  wszystko na magnetofonie i sekwencja, w której razem z partnerem patrzą się na  obrazek psa o rasie basset artezyjsko-normandzki, gdzie jej mąż mówi, że  wygląda tak jak ten pies, więc ona postanawia zakupić tego samego psa, by  zapełnić pustkę w domu, którą jej maż stworzył. Następnie wracamy do rutyny  męża i można śmiało powiedzieć, że w widzu dzięki takiemu sposobowi  opowiadania, wytwarza się masochistyczne zacieranie się sztuki z życiem.


Jacques Rivette wraz z ekipą w skrupulatny sposób to robią. Mianowicie, gdy  jesteśmy na scenie teatralnej, kamera porusza się w nieśpiesznie, wytwarzając w  widzu poczucia powolnego wyssania energii, niczym wampir. Te sekwencje prezentują wspaniałe, kinowe i immersyjne doświadczenia. Okazują się one dla widzów zgubne, bo reżyser tym chwytliwym na pierwszy rzut oka zabiegiem zaprasza nas do labiryntu z duszną atmosferą. Chcemy uciec, ale nie możemy – a może chcemy zostać, bo zostaliśmy już tak pochłonięci tym nieprzyjaznym powietrzem, że chcemy wytrwać do samego końca? Gdy bohaterowie na scenie recytują powieść, występuje druga ekipa filmowa,  która nagrywa ich z 16 mm kamery, która dokumentuje z dołu bohaterów  prezentując ich prawdziwe emocje. Taki zabieg podbija intensywność granicy  sztuki i życia. Słowo stabilność nie występuje w tym dziele, bo ciągła monotonia  prowadzi jednostkę do całkowitego obłędu. 



„Miłość Szalona” (1969), reż. Jacques Rivette. Kadr z filmu Źródło zdjęcia

Widać znacząco różnice, kiedy  obserwujemy intymne życie naszych głównych bohaterów nakręconą kamerą 35  mm, a właśnie próby teatralne, w których ekipa znajduje się na środku sceny dokumentując obiektywem 16 mm. Co ciekawe, cytowany francuski dramat wydaje mi się lustrem weneckim dla bohaterów, ponieważ nieświadomie Sebastian nie dostrzega paraboli z tragedią Jeana Racina, bo reżyser oprócz  kierowania ekipą, jest również aktorem, który gra postać Pirusa, który jest  wielbicielem Andromachy, a Marta gra Hermionę, cierpiącą z powodu obsesji do Andromachy, co skutkuję idealną parabolą do samej Claire i jej związku z  ukochanym. Literatura aż tak nie zderzyła się z życiem, a Sebastian, jest tak  zafiksowany ćwiczeniem, wymyślaniem nowych sposobów grania, że zanikła u  niego refleksyjność. 


„Miłość Szalona” była ponoć inspiracją związku Rivetta z  Marilu Parolini – sekretarką Cathiers du Cinema i fotografką wielu  nowofalowych filmów, m.in.: Agnes Vardy, Francoisa Truffauta czy Jean Luc  Godarda. Ich związek był pełen miłości, smutku, obsesji, destrukcji i szaleństwa.  Para nieustannie zrywała jak i wracała do siebie. Tę parabole widać między  Sebastianem a Claire, gdzie im dalej jesteśmy ku końcu, narasta intensywniejsza destrukcja i obłęd w ich związku. Marilu była również scenarzystką tego filmu, co jeszcze mocniej podbija autentyzm.



„Miłość Szalona” (1969), reż. Jacques Rivette. Kadr z filmu Źródło zdjęcia

,,Miłość Szalona” w interpretacji nowofalowego mistrza to głębokie, niesamowicie  bolesne doświadczenie, w którym pasja nieświadomie zamienia się w siłę  niszczącą, która popycha obu bohaterów do upadku. To również studium związku  małżeńskiego, w którym ambicja wbija nóż prosto w serce – zupełnie jak w antycznej tragedii.












Prześlij komentarz

0 Komentarze