Continue? - recenzja filmu ,,Street Fighter. Uliczny wojownik”

,,Street Fighter. Uliczny wojownik”, reż. Kitao Sakurai. Grafika promocyjna. Źródło: The Movie Database
 

Po raz trzeci spróbowano sił w przeniesieniu bijatyk z serii ,,Street Fighter” do formy aktorskiego filmu. Mówi się, że do trzech razy sztuka. Czy tym razem poszło dobrze?

Ostatnie parę lat dla Capcomu jest wyjątkowo udane pod względem gier. Studio przeżywa swój okres świetności dzięki regularnym sukcesom artystycznym i komercyjnym. Niestety ich marki nie miały jak dotąd szczęścia do filmowych oraz serialowych adaptacji. Mowa w większości o niezbyt przychylnie odebranych produkcjach, wystarczy wymienić chociażby ,,Monster Huntera” czy ,,Dragon's Dogma” z 2020 roku. Co innego tyczyło się filmu ,,Resident Evil” z tego roku, który okazał się dużym sukcesem. Był to niemały przełom dla marki, gdyż poprzednie adaptacje (nawet jeśli miały swoich fanów wliczając mnie), nie zbierały szczególnie pozytywnych recenzji. Podobne nieszczęście spotkało serię bijatyk ,,Street Fighter”. Adaptacja z 1994 roku nie była wielkim sukcesem i co najwyżej jest traktowana jako urokliwy relikt przeszłości, zaś o powstałym 15 lat później filmie nikt nie chce pamiętać. W związku z tym przed tegoroczną wersją stało ciężkie zadanie. Miała ona szansę, aby seria wreszcie doczekała się pierwszej udanej adaptacji od czasu ,,Street Fighter II: The Animated Movie”. Czy udało się tego dokonać?

Były przesłanki ku temu. Światowa, różnorodna obsada z nieoczywistymi castingami, kiczowate zapowiedzi, wiernie odwzorowane projekty postaci czy nawet reżyser, dla którego nie jest to pierwsza adaptacja gry (Kitao Sakurai nakręcił wcześniej cztery odcinki pierwszego sezonu ,,Twisted Metal”). Były powody, żeby wierzyć w sukces tego filmu. Niestety muszę z ogromnym rozczarowaniem stwierdzić, że ,,Street Fighter. Uliczny wojownik” to przede wszystkim jeden wielki bałagan. Taki, który powoduje łapanie się za głowę i próby zrozumienia, co dokładnie poszło nie tak. A jest nad czym zastanawiać się, bo to film z wieloma problemami.

,,Street Fighter. Uliczny wojownik”, reż. Kitao Sakurai. Kadr z filmu. Źródło: The Movie Database

Bardzo dobry początek daje złudne poczucie nadziei. Film rozpoczyna się od momentu, w którym kończyła się pierwsza gra. Ryu pod czujnym okiem mistrza Goukena, przechodzi przez wspólny trening z Kenem, bliskim przyjacielem, a wręcz bratem. Następnie bierze on udział w pierwszym turnieju World Warrior. Tam pokonuje Sagata, lecz jest to okupione czymś co na zawsze zmienia jego życie. To prowadzi do odcięcia się od Kena i całego świata. Tym samym w centrum historii mamy całkiem emocjonalny wątek skupiony na dwójce ważnych postaci. Podobną strategię obrali twórcy ,,Mortal Kombat II”, co zakończyło się lepszą historią niż w poprzedniej części. Do tego w ,,Street Fighterze. Ulicznym wojowniku” już szybciej mamy fabułę rozgrywającą się wokół turnieju. To coś czego nie umiało zrobić ,,Mortal Kombat” z 2021 roku. Niestety po tym udanym wstępie, wszystko zaczyna rozwijać się w bardzo złym kierunku.

Owszem, konflikt Ryu i Kena jest centralny dla fabuły, lecz jednocześnie spróbowano zawrzeć w niej multum innych bohaterów. Scenariusz jest wypchany po brzegi. Jednocześnie nie ma konsekwencji w tym ile czasu ekranowego dostają postacie, ani sensu w sposobie w jaki świat zostaje przedstawiony widzowi. Niestety Kitao Sakurai poszedł strategią tworzenia pod fanów. Dla kogoś kto chociaż minimalnie kojarzy gry, zrozumiałe będzie czym jest organizacja M. Bisona i kim są wybrane postacie. Jednak ci, którzy nie mieli styczności ze ,,Street Fighterem”, muszą przygotować się na ślepe podążanie za historią. Oczywiście zbyt duża ilość ekspozycji byłaby też złym wyborem gdybyśmy przystanęli na to, że wszystko wymaga wyjaśnienia. Tylko problem jest taki, iż dla niektórych aspektów tego świata nie ma choćby jednego zdania wyjaśnienia. Lepszą strategią byłoby ograniczenie skali filmu, który w obecnym kształcie ma pomylone priorytety.

,,Street Fighter. Uliczny wojownik”, reż. Kitao Sakurai. Kadr z filmu. Źródło: The Movie Database

Wszystko jest podyktowane szybkiemu tempu, przedstawianiu pojedynczych nawiązań, które mają zaskarbić sympatię fanów, a także ciągłym naśmiewaniem się z samego siebie. To pierwsze sprawia, że nie ma czasu na poznanie bohaterów. Wszyscy poza Ryu i Kenem są ledwo scharakteryzowani. Nie mówmy nawet o czymś takim jak relacje czy wątki. Jedna z największych zalet serii jaką jest różnorodna, oryginalna obsada, zostaje sprowadzona do kartek papieru, które wyglądają dobrze, ale brakuje na nich ciekawej zawartości. Cierpią na tym niektóre wyjątkowo udane castingi. Nie umiem sobie wyobrazić dlaczego postanowiono, żeby postacie jak Guile, Zangief, Honda czy Cammy nie miały prawie żadnych scen akcji, a ich rola w fabule sprowadzała się do zaledwie pojedynczych scen. Pamiętano o tym, aby obsada składała się z utalentowanych nazwisk, zaś stroje zgadzały się, lecz zapomniano o napisaniu ciekawych bohaterów. 

Zadziwia mnie też jak film, który teoretycznie jest skrojony pod fanów, jednocześnie słabo rozumie materiał źródłowy. Charakter kilku postaci bardzo różni się od ich oryginalnych odpowiedników i niestety nie są to dobre zmiany. Najbardziej boli mnie jak słabo napisani są Bison, Dan czy nawet Chun-Li. Od początku obawiałem się, że David Dastmalchian będzie słabym wyborem do roli złego dyktatora z ego większym od świata i niestety moje obawy spełniły się. Aktor oczywiście wywiązuje się z zadania, które otrzymał od reżysera, lecz jest ono zupełnie nietrafione dla tej postaci. Zresztą to właśnie z Bisonem wiąże się dziwny, kompletnie niespodziewany problem filmu. Otóż całkiem regularnie przedstawia on homoerotyczne napięcia oraz zboczone żarty. Naprawdę nie mam pojęcia dlaczego fetysz zapachów mógł zostać uznany za ważny dla przynajmniej dwóch postaci, ale tak właśnie jest. W każdym razie, z całą pewnością nie są to charakterystyczne dla serii aspekty, ani tym bardziej zabawne żarty.

,,Street Fighter. Uliczny wojownik”, reż. Kitao Sakurai. Kadr z filmu. Źródło: The Movie Database

Najważniejsza w ,,Street Fighterze” powinna być istota walczenia czyli to dlaczego te postacie motywują siebie do kolejnych pojedynków. I oczywiście sam turniej, na którym moglibyśmy zobaczyć napięcia między bohaterami, którzy biorą udział w przedsięwzięciu z różnych powodów. Tymczasem reżysera interesuje co innego. Woli plan organizacji Bisona skupiony wokół technologii czyli coś wyrwanego z pierwszej aktorskiej adaptacji serii. Z tym wiąże się obsesja filmu na punkcie tego, aby przypominał on śmieciową produkcję z lat 90-tych. Coś takiego mogłoby potencjalnie wpasować się w mój gust. Zresztą sama epoka ma sens w kontekście gier. Tylko twórcy wpadają w pułapkę, której ofiarą było wielu innych twórców próbujących w prześmiewczy sposób pokazywać tamte czasy. Kicz powinien być poważnym traktowaniem wszystkiego, niezależnie jak bardzo głupie by to nie było. Tymczasem w ,,Street Fighterze. Ulicznym wojowniku” jest cudem jeśli poważny moment nie zostaje po chwili przerwany głupim żartem albo mrugnięciem oka w stronę widowni, aby pokazać, że twórcy wiedzą jak niedorzeczne jest ich dzieło. Tak samo jak tegoroczni ,,Władcy Wszechświata”, to film, który nie umie się zamknąć. Retro nawiązania, znane piosenki oraz samoświadomość bardzo prędko zaczynają męczyć. Przez to odczuwałem jakby seans nie trwał wcale 2 godzin (i to pomimo szybkiego tempa historii). Nie rozumiem też tego podejścia, bo mówimy o ,,Street Fighterze”. Interpol ścigający organizację prowadzoną przez człowieka zdolnego do przeniesienia swojej duszy do armii klonów, nie powinien w ogóle być kwestionowany.

Przykro mi się robi na myśl o zmarnowanym potencjale. Obsada składa się z utalentowanych ludzi, którzy bardzo konkretnie ćwiczyli do swoich ról. Jeszcze przed premierą słuchałem z podziwem o ich treningach. Szkoda tylko, że efekt tego jest tak rzadko widoczny na ekranie. Scen walk jest zdecydowanie za mało. Z kolei największym absurdem jest przedstawienie samego turnieju. Coś co powinno być jednym z najważniejszych segmentów filmu, bardzo często jest spychane na bok. Walki trwają krótko, bądź nawet są kompletnie pomijane. Zdążyłem pochwalić film za to, że w ogóle przedstawia turniej w przeciwieństwie do ,,Mortal Kombat” z 2021 roku, lecz co z tego skoro wygląda on tak, a nie inaczej. Tym bardziej jest mi tego szkoda, bo kiedy już twórcy raczą pokazać nam walczących bohaterów, to fabuła na tym zyskuje. Interakcje pomiędzy nimi potrafią być zabawne, ikoniczne ruchy cieszą, a w stronie wizualnej zdarzają się kreatywne, przesadzone zabiegi, które mocno pasują do adaptacji gier. Niestety są to tylko okazjonalne przebłyski.

,,Street Fighter. Uliczny wojownik”, reż. Kitao Sakurai. Kadr z filmu. Źródło: The Movie Database

Jakby nie brakowało problemów, to na dobicie czeka finał filmu, który pozostawi wszystkich bez wyjątku z rozczarowaniem. Niczym w wielu innych adaptacjach gier przed tą, postanowiono lekkomyślnie pozostawić otwartą (wręcz na oścież) furtkę do kontynuacji. Nie wiem z czego wynika ta pewność siebie, ponieważ bijatyki nie mają gwarantowanych sukcesów w kinach. Pomimo tego wciąż stwierdzono, że ,,Street Fighter. Uliczny wojownik” powinien być pozbawiony satysfakcjonującej konkluzji. Czy ludzie w Skydance postanowią kontynuować adaptację bijatyk Capcomu czy ponownie zakończy się ona tylko na jednym filmie? Jak możecie wywnioskować z recenzji, jestem bardzo niezadowolony z dzieła Kitao Sakuraia. To adaptacja, która tylko powierzchownie rozumie na czym polega urok gier. Jej przebłyski są zdecydowanie zbyt rzadkie, żeby przesłonić poważne wady. Jednocześnie warto w tym momencie po raz ostatni przywołać niedawne dwa filmy ,,Mortal Kombat”. Czemu? Ponieważ podobną opinię miałem o adaptacji z 2021 roku. W życiu nie powiedziałbym wtedy, że zasługuje ona na kontynuację. A jednak powstała i naprawiła wiele błędów poprzednika. Czy ,,Street Fighter. Uliczny wojownik” mógłby to powtórzyć? Moim zdaniem tak, bo reżyser ma zadatki na kręcenie ładnych scen walk, a obsadę świetnie dobrano. Wystarczy tylko nauczyć się na błędach i napisać lepszy scenariusz. Także gdyby mnie postawiono przed ekranem z ,,Continue?”, to zamiast zdecydować się na ,,Game Over”, kontynuowałbym grę. Choć jestem świadomy tego, że równie dobrze mogłoby dojść do powtórzenia błędów.

Prześlij komentarz

0 Komentarze